Upadek doktryny Giedroycia i Mieroszewskiego
Jesteśmy świadkami upadku doktryny Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Kluczowym elementem wspomnianej doktryny było uznanie powojennych granic. Wymagało to bolesnego dla wielu emigrantów zrzeczenia się praw do Wilna i Lwowa w imię wyższego celu: pojednania narodów. W latach 80. XX wieku „Solidarność” całkowicie odcięła się od rewizjonizmu terytorialnego. Liderzy ruchu głośno deklarowali, że wolność Polski jest nierozerwalnie związana z wolnością i nienaruszalnością terytorialną jej wschodnich sąsiadów. Giedroyć chciał także demokratyzacji Rosji. Doktryna będąca śmiałą wizją tworzoną w zimnowojennych realiach spełniła się w 1991 roku. Jednego Giedroyć i Mieroszewski nie przewidzieli: postawy elit politycznych rządzących krajem po 1989 roku. Słabością tych elit było ogromne przywiązanie do polityki międzynarodowej USA oraz poczucie wyższości nad społeczeństwami zamieszkującymi sąsiednie postradzieckie republiki. Wzrost nastrojów nacjonalistycznych na Ukrainie i w Polsce w ostatnich latach można także do tego dopisać. Winę za taką a nie inną sytuację ponoszą politycy po obu stronach Bugu. Ukraińscy politycy od ponad trzech dekad miotają się od prorosyjskości do nacjonalizm. Polscy politycy także nie byli konsekwentni w relacjach z Kijowem przez dekady. Jedni chcieli zapomnieć o tragicznej przeszłości z czasów II wojny światowej, inni wręcz przeciwnie domagając się od ukraińskich władz wzięcia na siebie odpowiedzialności za rzeź wołyńską z lat 1943-1945. Relacje z Białorusią to już inna historia. Szybkie odejście Mińska od demokracji, a przez kolejne trzy dekady autorytarne rządy prezydenta Aleksandra Łukaszenki obnażyły słabość wschodniej polityki Warszawy. Nie mówiąc już o Rosji jelcynowskiej, gdzie nie było zbytniego wsparcia dla kulejącej tamtejszej demokracji. Co nie oznacza, że nie było w tamtym kierunku żadnego wsparcia i współpracy. Nie przełożyło się to na wzmocnienie rosyjskiej demokracji. W Rosji przez dekadę Borysa Jelcyna więcej dopowiedzenia od obywateli mieli oligarchowie i służby, które wierząc w odrodzenie ZSRR i carskiego imperium utorowali swojemu człowiekowi Władimirowi Putinowi drogę na Kreml. Klęsk i porażek polskich dyplomatów w polityce wschodniej. Zaczęło się jeszcze przed rozpadem ZSRR. W 1990 roku działacze byłej już opozycji antykomunistycznej częściowo sprawujący władzę w kraju nie mieli doświadczenia w polityce międzynarodowej. Patrzyli na świat z perspektywy Waszyngtonu. Administracja amerykańskiego prezydenta Georga Busha seniora nie wyobrażała sobie innego scenariusza jak trwałe istnienie radzieckiego państwa. Rząd Tadeusza Mazowieckiego a potem Jana Krzysztofa Bieleckiego był sceptyczny w stosunku do dążeń niepodległościowych Państw Bałtyckich, a potem reszty republik radzieckich. Jerzy Giedroyć nie krył rozczarowania pierwszymi solidarnościowymi rządami m.in. ze względu na ich ostrożne podejście do dążeń niepodległościowych: Estonii, Łotwy i Litwy. Giedroyć oskarżał rząd Mazowieckiego o zwlekanie z nawiązaniem pełnych relacji i uznaniem niepodległości Ukrainy, Białorusi oraz Litwy, co w jego zamyśle miało kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Polski. Redaktorowi naczelnemu paryskiej „Kultury” nie podobał się zbytnio proamerykański kurs jaki bezkrytycznie obrała Polska w stosunkach do sąsiednich państw postradzieckich. Zależność od Waszyngtonu miała się zemścić bardzo szybko na Polsce. W 1994 roku wybory prezydenckie na Białorusi wygrał Łukaszenko. Przez całą kampanie wyborczą grał na sentymencie do ZSRR, obiecując walkę z korupcją i otwarcie opowiadając się za integracją z Rosją. Warszawa skupiona na budowaniu niepodległego państwa białoruskiego (buforowego wobec Rosji) i odsuwaniu wpływów Moskwy, nie miała planu na wypadek zwycięstwa polityka otwarcie prorosyjskiego i antyzachodniego. Wybory w 1994 roku zapoczątkowały proces spychania Polski na pozycję wroga w oficjalnej narracji Mińska, co skutkowało wieloletnimi prześladowaniami polskiej ludności, działaczy (np. Związku Polaków na Białorusi) oraz likwidacją niezależnego szkolnictwa będących ofiarami fobii białoruskiego prezydenta. Za to winę ponosi nie tylko Aleksander Łukaszenko ale także polscy dyplomaci i politycy. Giedroyć zarzucał kolejnym rządom III RP konformizm i koncentrowanie się wyłącznie na integracji z Zachodem (NATO i UE), przy jednoczesnym ignorowaniu procesów zachodzących u naszych wschodnich sąsiadów. Postrzegał Polskę jako pomost między wschodem a zachodem, źle oceniał realizację jego doktryny po 1989 roku jako wyłącznie narzędzie wymierzone w Moskwę. Postrzegał następcę Borysa Jelcyna na stanowisku prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina negatywnie, przewidując jego imperialną politykę. Giedroyć z wielkim niepokojem patrzył na transformację Rosji w pierwszych miesiącach rządów Putina. Ostrzegał, że odrzucenie komunizmu nie oznacza automatycznego porzucenia przez Moskwę imperialnych nawyków wobec sąsiadów. Konsekwentnie powtarzał, że trwałe bezpieczeństwo Polski zależy od suwerenności jej wschodnich sąsiadów. Sformułował słynne ostrzeżenie, które teraz wybrzmiewa jeszcze mocniej: „Musimy za wszelką cenę utrzymać niepodległość Ukrainy, Litwy, Białorusi, bo to jest w naszym życiowym interesie. Gdyby Rosja wchłonęła Ukrainę, to jesteśmy ugotowani”. Paradoksalnie jedną z twarzy porażki doktryny Jerzego Giedroycia jest Paweł Kowal, związany dawniej z Ośrodkiem Studiów Wschodnich, instytucji rządowej mającej na celu m.in. tworzyć raporty dla rządu o sytuacji na wschód Polski. Kowal związany z PiS, potem z PO, dziś KO mówił wiele o doktrynie Giedroycia a pojmował i realizował ją w sposób, jakiego nie zaakceptowałby redaktor paryskiej „Kultury”. Dziś mamy do czynienia z walką polskich nacjonalistów z ukraińskimi nacjonalistami. Liberalna koalicja 15 października wykazuje się biernością lub akceptacją narracji narzuconej przez prawicowe partie opozycyjne. Zakładnikami tej wojny politycznej między oboma krajami są obywatele ukraińscy przebywający na terenie Polski. Stają się celem i ofiarą częstych ataków ze strony Polaków nakręconych przez narracje antyukraińską. Giedroyć i paryska „Kultura” od dawna była krytykowana przez tą część dawnej „Solidarności” z lat 80. XX wieku, która dziś jest w PiS-ie lub w środowiskach z nią sympatyzujących. Druga strona dawnej opozycji antykomunistycznej związana z KO i środowiskiem „Gazety Wyborczej” wykoślawiła doktrynę Giedroycia do swoich potrzeb. Finał tego jest taki, że nikomu z polskich polityków nie zależy do realizowania jej obecnie. Widać w tym słabość rządów i ich zaplecza politycznego po 37 latach przemian. Dotyczy to zarówno polityków wywodzących się z dawnej opozycji z czasów PRL-u, jak i z dawnego PZPR-u.

Komentarze
Prześlij komentarz